Wgląd duchowy z 28.06.2022
Zainspirowana przez Alexa z Wglądów Duchowych, który w jednym z postów przedstawił książkę Claudio Nocelli „Navigator who cross the ice wall” postanowiłam odbyć swoją własną podróż na krańce Ziemi, poza lodowy mur.
Znalazłam się na Antarktydzie, na śnieżno-lodowej pustyni, białej po horyzont. Zaczęłam iść przed siebie z intencją przejścia poza kopułę. W pewnej chwili zauważyłam, że powierzchnia antarktycznego lądu zaczyna się zaginać z górę, jak ulice miasta w filmie „Incepcja”. Doszłam w końcu do miejsca zagięcia i wypiętrzenia w górę. Wysoko w niebo sięgała lodowa, półprzezroczysta ściana. Dotknęłam jej. Była naprawdę zimna.
Przejście przez lodowy mur trwało długo. Według mnie ma on co najmniej kilkanaście kilometrów grubości. Po drugiej stronie nieoczekiwanie znalazłam się w wodzie. Niesamowite. Przed chwilą pożegnałam tysiące kilometrów śnieżnobiałej, mroźnej pustyni, a już wylądowałam na środku ciepłego oceanu. Woda miała nieco inną gęstość, doskonałą widoczność w głębi, co dało mi do myślenia, że ta woda musi być bardzo czysta. Nade mną rozciągało się cudowne, kobaltowe niebo, z niewielkimi „cumulusami dobrej pogody”. I ogromne, jakby podwójnej wielkości słońce, trochę jaśniejsze, ale nie palące i nie takie oślepiające, jak to, które znam.
W dali zauważyłam niewielkie łodzie, skrzyżowanie motorówki z kokpitem samolotu. Unosiły się nad wodą, poruszały z ogromną prędkością. Pomyślałam, że czas odwiedzić jakiś ląd. I ruszyłam przed siebie.
W dali zobaczyłam zarys lądu. Najpierw niewielka zielona plama, potem myślałam, że to jakaś tropikalna wyspa, aż w końcu znalazłam się na plaży ogromnego kontynentu. Ziemia pokryta tropikalnym lasem, a pośród drzew gdzieniegdzie wystawało coś na kształt szklanych piramid lub kopuł. W pobliżu, gdzie wylądowałam, bawiły się dzieci. Dwoje kilkulatków budowało sobie zamki z piasku. A obok nich siedziała ogromna czarna puma. Z dala obserwowali to dorośli, pewnie rodzice tych dzieci. Wypoczywali w cieniu pod palmami, uginającymi się od owoców. Poszłam w kierunku tych palm. Znalazłam się na skraju tropikalnej dżungli. Ilość kolorów, zapachów, dźwięków oraz ich intensywność była w pierwszej chwili dla mnie przytłaczająca. Jednak kilka głębszych oddechów pozwoliło mi się dostroić do otoczenia. Szybko pojęłam, że tutejsze drzewa są nie tylko bardziej zielone, zdrowsze, ale i większe niż nasze. Czułam się jak krasnoludek. Drzewa, których czubków nie widziałam, bo miały po kilka kilometrów wysokości. Kwiaty, które u nas dorastają do maksymalnie 50 cm, tutaj są jak nasze drzewa, mają po kilka metrów. Niektóre liście są wielkości mojego dużego pokoju. Motyle są mojego wzrostu. Komary też….na szczęście nie atakują. 🙂 Pierwszy raz widziałam kolibra wielkości słonia, a potem słonia wielkości 4-piętrowego bloku. I kolory, kolory i jeszcze raz kolory, od których kręciło mi się w głowie. No i hałas. Ten las żył, cały się ruszał. Rośliny, zwierzęta, owady. Wszystko wielkie, hałaśliwe i niesamowicie piękne.
Przedzierając się przez ten las obrałam sobie za cel miejsce, w którym z plaży widziałam szklane budowle.
W końcu doszłam do dużej polany. Na środku stało coś, co wyglądało jak ogromne igloo ze szkła. Ściany były całkowicie przezroczyste. W środku widziałam mnóstwo roślin, kwiatów. Najpierw pomyślałam, że to może jakiś ogród botaniczny. Ale w środku tak pięknego lasu???
Weszłam do środka. I szybko się zorientowałam, że to jest dom. Tu się mieszka. Mieszkańcy byli w domu. Dom składał się z jednej dużej otwartej przestrzeni na dole, która była skrzyżowaniem salonu, pracowni malarskiej, oranżerii, jadalni i kuchni. Na piętrze znajdowały się sypialnie, łazienki i coś co przypominało gabinet masażysty z łóżkiem do opalania.
W kuchni kobieta przygotowywała jakiś koktajl z owoców. Oczy o mało nie wyszły mi z orbit, jak zobaczyłam wielkość tych owoców. To, co kupujemy w supermarketach jest wielkości ich nasion! No a blender jakiś taki dziwny. Niby nowoczesny, podobny trochę do mojego, tylko nie widzę żadnej wtyczki, gniazdek, prądu… Jak to działa? I gdzie ona kupiła taaaaakie banany i pomarańcze?! Nie musiała kupować, bo wszystko miała koło domu. Po prostu sobie rosło.
W salonie mężczyzna wraz z małym chłopcem coś projektowali, „rysując” nad stołem hologram jakiegoś budynku. Mówili dziwnym językiem, jakąś mieszanką języków skandynawskich i angielskiego.
W tym samym salonie na jednej ze ścian wisiał telewizor, a przynajmniej tak mi się ten sprzęt skojarzył. Ze względu jednak na wielkość ekranu powinnam to nazwać luksusowym kinem domowym. „Aha” – pomyślałam. „Mają też swoje gadające pudła. Ciekawe, co oglądają?”
Okazuje się, że w ich telewizji lecą niemal wyłącznie filmy dokumentalne i programy edukacyjne. To jest narzędzie do edukacji, zdobywania i poszerzania wiedzy, a nie przekaźnik tandetnych komedii romantycznych, horrorów o zombie czy propagandy politycznej. Z tej ich telewizji dowiedziałam się jakie zwierzęta tam żyją, jak się robi maść z liści pewnej rośliny na wypadek, gdy się skaleczysz i chcesz zatamować szybko krew i zabliźnić ranę. Zobaczyłam też jak wyglądają u nich narodziny dziecka.
To jest ciekawy temat. U nas powoli przywracane są do łask porody rodzinne i domowe. Tutaj to jest norma. Kobieta siedzi sobie w wannie, takim małym basenie domowym. Dookoła zadające milion pytań starsze dzieci, niecierpliwie oczekujące na swojego nowego brata albo siostrę. No i tatuś. Nie mdleje! Raczej emocjonuje się jak na meczu. I czeka na gola. 🙂 Poród nie trwa długo. Kobiety dokładnie wiedzą jak usiąść, jak oddychać. Nie czują wielkiego bólu, choć niewątpliwie jest to dla nich wyczerpujące. Obok na ogół są jeszcze inne kobiety z rodziny: matka, teściowa, ciotka, siostra albo po prostu akuszerka. Wszyscy się cieszą, czekają, pomagają. Noworodek długo jeszcze pozostaje z nieodciętą pępowiną. Raczej nie krzyczy, nie płacze przeraźliwie. Od pierwszej chwili jest przytulany. Potem będzie noszony przez mamę w czymś, co jest skrzyżowaniem chusty i plecaka. Trzeba przyznać, że start ma zdecydowanie łatwiejszy i piękniejszy niż nasze dzieci.
W innym szklanym budynku, tym razem w kształcie piramidy, zajrzałam niedyskretnie do sypialni, w której spali domownicy. Łóżko ogromne, a dookoła mnóstwo roślin i kwiatów. U nas są modne tarasy przed domem, czyli kawałek podestu z czymś do siedzenia, wciskający się wgłąb ogrodu czy trawnika. A tutaj jest odwrotnie. Wszechobecne rośliny wciskają się wgłąb do domów.
W jeszcze innym budynku, w którym również prawie całe ściany były szklane, transparentne, zobaczyłam w końcu do czego służą im pomieszczenia z tymi dziwnymi łóżkami z klapą. Myślałam, że to domowe solarium, ale nie. Do tego domu przywieziony został mężczyzna, który miał otwarte złamanie nogi. Żona położyła go na tym łóżku, zamknęła klapę, powciskała kilka guzików. Na niewielkim ekranie obok pojawił się obraz jego nogi, trochę jak rentgen a trochę jak USG. Leżał tam jakiś czas, chyba nawet się zdrzemnął. 🙂 Widziałam, że jego noga była poddawana jakiemuś promieniowaniu, a na ekranie na moich oczach zrastały się kości, zabliźniała skóra. Po czym wstał, i jak gdyby nigdy nic zszedł o własnych siłach po schodach do salonu na dół. Alleluja! Film „Elizjum” i uzdrawiające łóżka! Tam iluzja filmowa, tutaj wersja live.
Teraz parę słów o mieszkańcach tego kontynentu.
Jak wyglądają?
Są to wysocy, mierzący ok. 3,5 do 4 metrów, piękni ludzie, o białej skórze, włosach od jasnego blondu, przez rudawe do kasztanowych. Oczy jasne, niebieskie, zielone lub szare. Skóra gładka, naturalna. Nie widziałam żadnych tatuaży, blizn, pieprzyków.
Kobiety przepiękne, bardzo zgrabne. Noszą długie, rozpuszczone włosy, czasem delikatnie spięte z tyłu w kucyk lub warkocz. Mają dużo biżuterii z naturalnych kamieni na sobie, szczególnie bransoletki na przedramionach i łydkach. Noszą proste, z naturalnych tkanin sukienki. Aha, i nie muszą golić codziennie nóg, bo ich skóra jest idealnie gładka. 🙂 Bez problemu rodzą dzieci. Mają nieco inne proporcje wewnętrznych narządów płciowych.
Mężczyźni też noszą długie włosy, ale je bardziej upinają z tyłu. Niektórzy starsi mają brody. Mają bardzo piękne, harmonijnie zbudowane ciała, przypominające rzeźby w starożytnym Rzymie i Grecji. Jednak nie widziałam, żeby którykolwiek pocił się na siłowni. Nawet nie mają czegoś takiego. Owszem uprawiają sporty, np. pływanie, siatkówka, bieganie na czas, ale swoje sylwetki zawdzięczają głównie genom i pracy fizycznej koło domu.
Wszyscy są zdrowi. Żyją długo, rekordziści nawet kilkaset lat. Jeśli ulegną wypadkowi, kładą się w leczniczych łóżkach na parę godzin i są jak nowo narodzeni.
Czy dzieci chodzą do szkoły?
Tak. Dzieci chodzą do szkoły, jednak nie znają naszego pruskiego systemu edukacji. Ich szkoły bardziej przypominają rosyjskie szkoły Szczetynina, o których czytałam w „Dzwoniących Cedrach Rosji” W. Megre. Dzieci są przywożone na parę godzin przez rodziców do jednego z budynków (też szklane, też z ogrodami w środku). Jest tam jakaś opiekunka, czasem kilka osób, głównie kobiety. Trudno je nazwać nauczycielami, bardziej animatorkami, mentorkami, prowadzącymi warsztaty z jakiejś dziedziny. Dzieci nie siedzą sztywno w ławkach wymuszone 45 minut. I nie mają narzuconych tematów czy przedmiotów. Mają do dyspozycji kilka pomieszczeń. Same wybierają, gdzie, z kim chcą spędzić trochę czasu. Same nadają tematy, które je interesują, a opiekunki moderują dyskusje, czasem wyszukują jakieś filmy w telewizji na dany temat. Kiedy indziej wymyślają jakieś wycieczki, podróże lub zajęcia w terenie.
Czy są tam miasta?
Tam nie ma miast, jakie znamy. Ich miasta to po prostu skupisko nowoczesnych budynków pośród bujnego lasu. Drzewa i rośliny wkomponowane w architekturę. Nie ma betonu!!! Nie ma samochodów! Nie ma korków! Są drogi, szerokie aleje, wybrukowane gładkimi, idealnie płaskimi kamieniami (coś jak płytki podłogowe z naturalnego kamienia tylko ogromnych rozmiarów). Służą bardziej pieszym, spacerowiczom. Ludzie przemieszczają się na większe odległości w powietrzu, czymś w rodzaju autobusów, tylko latających 🙂 Zatrzymują się na „przystankach” czyli wyznaczonych miejscach, przy charakterystycznych budynkach. Do prywatnego użytku mają niewielkie latające skuterki, a jeśli mieszkają nad wodą to i małe motorówko-samoloty. Wszystkie pojazdy są napędzane wolną energią.
Kiedy uniosłam się na pewną wysokość nad lądem, szukałam czegoś, co przypominałoby jakieś fabryki, magazyny, duże przedsiębiorstwa. Nie znalazłam ani jednego komina fabrycznego, ani jednego słupa elektrycznego, ani jednego masztu radiowo-telewizyjno-komórkowego.
Wypatrzyłam jedynie trochę większy od pozostałych budynek, składający się jakby ze sklejonych ze sobą igloo. Tym razem ściany były tylko częściowo ze szkła. Większość ścian była z jakiegoś idealnie ociosanego, gładkiego kamienia. Okazało się, że jest to rodzaj fabryki, raczej manufaktury, w której produkuje się tkaniny z włókien roślinnych. Tą rośliną jest chyba znany i u nas len, jednak tutaj jego wysokość sięga kilku metrów i ma grubą łodygę jak pień drzewa. Jest uprawiany naturalnymi metodami w przydomowych ogródkach. Po zakończeniu kwitnienia, można roślinę wyciąć i oddać do takiej manufaktury. Tam jest dalej obrabiana, młócona, potem z łodyg oddziela się włókna, odpowiednio je „skleja” w specjalnej maszynie. Dalej idzie na duże krosna, gdzie jest tkana. A jak już uzbiera się pokaźna bela, oddaje się ją ludziom, którzy szyją ubrania.
Czy znają pieniądze?
Nie. Nie ma też sklepów. Ludzie nie pracują, a wykonują zadania, które lubią i potrafią wykonać. Jeśli potrzebujesz nową sukienkę, odwiedzasz sąsiadkę, która szyje. Hodujesz kury? Masz swoje jajka a nadwyżki możesz oddać komukolwiek. Lubisz malować obrazy? Malujesz, robisz sobie wystawy, a jak się komuś spodoba twoja twórczość, możesz mu sprezentować obraz. Lubisz przebywać z dziećmi, a przy okazji chcesz mieć na ogół swoje maluchy? Możesz pracować jako opiekunka w szkole. Możesz całymi godzinami tropić pumy albo sowy w lesie. Jak zrobisz z tego film, może stać się nawet programem edukacyjnym dla dzieci.
Co jedzą? Co piją?
Głównie owoce i soki z nich. Warzywa, zioła, również liście, pędy, nasiona, orzechy drzew. To wszystko mają koło domów. Niektórzy jedzą jajka ptaków, nie tylko kur. Są też tacy, którzy jedzą ryby i mięso. Zwierząt nie hodują, ale zdarza się, że znajdą w lesie martwego jelenia, dzika, jakiegoś ptaka. Tylko w takich okolicznościach wykorzystują mięso.
Jaki jest tam klimat? Pogoda?
Jest ciepło, ale nie gorąco. Duża wilgotność powietrza. Tlenu dużo więcej w powietrzu ze względu na ogromne naturalne jego fabryki, w postaci lasów. Regularnie padają deszcze, bywają burze. Zdarzają się huragany i sztormy. Jednak charakterystyczna architektura domów oraz ich położenie w gęstych lasach chroni je przed zburzeniem. Silne wiatry dachów nie porywają, bo domy nie mają dachów, jakie my znamy. 🙂
Czy wiedzą o nas?
Tak. I są podzieleni w swoich poglądach. Jedni są skłonni nam pomóc. Inni wolą udawać, że to nie ich sprawa. Zwyczajnie boją się, żeby to „akwarium” nie rozprzestrzeniło się na ich świat. Nazywają nasz świat „akwarium”, ponieważ z ich punktu widzenia nasza Ziemia to głęboka, niezwykle szeroka niecka w dnie oceanu, przykryta kopułą. Nasza Ziemia jest schowana pod powierzchnią ich oceanu. W końcu załapałam, o co chodzi z tą wodą nad kopułą. Dlaczego starożytne legendy mówią o boskim firmamencie, który kiedyś runął, a to spowodowało potop. No cóż, historia właśnie zatacza ogromne koło. Jeśli kopuła runie, to rzeczywiście spowoduje to potop, jednak nie będzie on aż tak straszny. Poziom wód się podniesie, woda z naszych mórz i oceanów wymiesza się z ich wodą. Trochę zmieni się linia brzegowa naszych kontynentów. Trochę ludzi też zginie. Jednak ludzie jako rasa przetrwają.
Ten ląd nazywa się Asgard. Jest jednym z licznych kontynentów, które znajdują się na prawdziwej naszej planecie. Poza naszą znaną Ziemią, wszędzie dookoła, również na Asgardzie, jest 5 gęstość (5D). Na Asgardzie widać prawdziwe Słońce (ok. 2 razy większe), prawdziwy księżyc (też ok. 2-krotnie większy). Niebo ma o wiele intensywniejszy, ciemnoniebieski kolor. Gwiazdy są dużo wyraźniejsze i jaśniejsze. Planety naszego Układu Słonecznego widać gołym okiem i łatwo je odróżnić od dalej położonych gwiazd. W pogodną noc widać niektóre, większe statki, stacjonujące w pobliżu, szczególnie te blisko księżyca.
Na naszą Ziemię nałożona jest sztuczna siatka trójwymiarowa, a nasza percepcja została przystosowana sztucznie do jej odbioru poprzez świadome, destrukcyjne działania obcych ras degenerujących nasze DNA.
Lodowy mur okalający naszą Ziemię to nic innego jak podstawa kopuły. Poprzez specjalne częstotliwości utrzymywana jest sztucznie taka bariera, aby oddzielić 2 różne gęstości przestrzeni, odizolować nas od reszty mieszkańców planety i łatwo nas kontrolować.

